Za nami już ponad trzy tygodnie rozgrywek sezonu regularnego, większość drużyn rozegrała już +/- 10 spotkań dlatego postanowiliśmy postawić pierwsze wnioski i oceny. Zarazem podkreślamy, że nasze opinie, jak to w dziennikarstwie sportowym bywa, nie są ostateczne i pod wpływem wielu czynników mogą się zmienić (np.: transfery, kontuzje, spadek formy itd).

KONFERENCJA WSCHODNIA:
– Washington Wizards (0-9): Czarodzieje bo bardzo obiecującym początku sezonu (dwa zacięte mecze z Celtics), wpadli w marazm i nie do tej pory pozostają bez zwycięstwa. Gra zespołu może się znacząco poprawić po powrocie do zdrowia Johna Walla oraz Nene (prawdopodobnie zagra już dzisiaj w nocy przeciwko Hawks).

Orlando Magics (3-7): Drużyna przeżywa trudny okres przebudowy, poczynając od GM, przez trenera i większość zawodników. Magicy od czasu do czasu mogą sprawiać niespodzianki, ale w większości przypadków będą łatwym rywalem do ogrania.

– Atlanta Hawks (5-4): Jastrzębie nie są już tą samą drużyną co rok temu, jednak nie składają broni i zapowiadają walkę o miejsce w najlepszej 8. Atlanta posiada bardzo zrównoważony skład, którego liderami są zawodnicy podkoszowi Josh Smith i Al Horford.

– Charlotte Bobcats (5-4): Rysie nie są już i raczej nie będą pośmiewiskiem ligi, ponieważ nowy, mający doświadczenie w pracy z młodzieżą, trener Mike Dunlap zbudował z grupy nieopierzonych indywidualności zespół, którego członkowie mogą sobie nawzajem zaufać.

– Detroit Pistons (2-9): Co można o nich napisać…zapowiada się ciekawa walka o najgorszy bilans końcowy i zwiększenie szans na nr 1 w drafcie 2013. Pistons od dłuższego czasu przeżywają kryzys i nic nie zapowiada żeby ten sezon był przełomowy w jego przezwyciężeniu. Trener Lawrence Frank siedzi na gorącym krześle.

– Cleveland Cavaliers (2-8): Przyznam się szczerze, że liczyłem na więcej, jednak liczby nie kłamią. Sytuację zespołu komplikuje miesięczna przerwa jednego z najlepszych rozgrywających w lidze Kyle Irvinga. Mimo wszystko liczę, że Kawalerzyści znajdą właściwy rytm gry i poprawią styl gry.

– Indiana Pacers (5-7): Grają dobrze, a byłoby jeszcze lepiej gdyby na parkiecie obecny był Danny Granger (kontuzja kolana). Swoje role dobrze spełniają David West, Roy Hibbert, Paul George oraz… McKayla Maroney, która skutecznie zachęca kibiców do odwiedzania hali Pacers (śr. 14 tyś widzów).

-Chicago Bulls (5-5): Tak jak się spodziewałem, liderem ofensywy Byków pod nieobecność Derricka Rose został jeden z najlepszych obrońców na pozycji SF, czyli Loul Deng. Bardzo słabo prezentuje się Carlos Boozer [KOGO TO DZIWI?-PB]. Drużynie z Wietrznego Miasta należy jednak dać jeszcze trochę czasu na dokręcenie wszystkich śrubek w defensywnej machinie.

– Milwaukee Bucks (6-3): Brandon Jennigs i Monta Ellis coraz lepiej się rozumieją, przez co lepiej funkcjonuje cały zespół. Koziołki muszą jednak popracować jeszcze nad defensywą- nie funkcjonuje ona najlepiej.

– Toronto Raptors (3-8): DeMar DeRozan powoli spłaca dług wdzięczności wobec właścicieli klubu, którzy postanowili przedłużyć jego debiutancki kontrakt (ok. 40 mln $ za następne 4 lata). Raptors wciąż poszukują zawodników, którzy potrafiliby stworzyć optymalny skład oraz czekają na rozwój młodych talentów.

– Boston Celtics (6-5): Stara Gwardia się nie podaję- póki co Celtowie przegrali z drużynami, które potencjalnie będą miały wyższe rozstawienie w Playoffs, pomimo tego liderzy zespołu: Pierce, Garnett i Rondo prezentują bardzo wysoką formę i możemy sobie tylko wyobrazić, co będzie, gdy włączą 5 bieg w czasie PO.

– Philadelphia 76ers (7-4): Podobnie jak w przypadku Pacers, prawdziwa siła 76ers objawi się po powrocie miłośnika gry w kręgle Andrew Bynuma. Jak na razie zespół z miasta Braterskiej Miłości gra solidnie, ale nie zachwyca.

– Brooklyn Nets (6-3): Kris Humphries chyba nie może się pozbierać po odejściu żony, Keith Bogans nie może się wstrzelić, Jay Z naprawdę ma „99 problems”… Porażka w sezonie regularnym z Miami i Lakers jeszcze niczego nie przesadzają, ale nie dałbym sobie obciąć ręki, że w PO będzie lepiej.

– Miami Heat (8-3): Mistrzowski zespół prezentuje się bardzo dobrze. Widać, że grają pod dużo mniejszą presją. Obok „wielkiej trójki” bardzo dobrze prezentują się Ray Allen, Shane Battier oraz Rashard Lewis. Kibiców Heat niepokoić może fakt, że wszystkie z trzech doznanych porażek były z najlepszymi obecnie zespołami ligi.

– New York Knicks (8-1): Bądź co bądź jest to największa niespodzianka początku sezonu. Knicksom najwidoczniej pasuje granie bez Amar’e Stoudemire, Jeremy’ego Lina oraz Mike D’ Antoniego. Warto zaznaczyć, że zespół z Wielkiego Jabłka znacząco poprawił swoją grę w defensywie oraz fakt powrotu do ligi Rasheeda Wallace, który po 2 sezonach emerytury wciąż pokazuje jak się gra w koszykówkę.

KONFERENCJA ZACHODNIA

Los Angeles Clippers (8-2)– jeśli ktoś 3 lata temu powiedziałby, że Clippers będą chociaż przez chwilę najmocniejszą ekipą w NBA, zostałby wyśmiany (New York Knicks mogą mieć lepszy bilans, ale to Clippers grają w tej cięższej części NBA). Ale jak na razie, to właśnie Chris Paul i przyjaciele są najgroźniejszą drużyną, pokonując niemal każdego na swojej drodze.

Memphis Grizzlies (8-2)– sytuacja niemal identyczna, jak u LAC- drużyna zdolna, miła dla oka, jednak raczej nikt nie przypuszczałby, że będą zajmowali czołowe miejsca w Konferencji. Jednak świetna gra Zacha Randolpha i filozofia ochrzczona przez Tony’ego Allena „Grit. Grind” zapewniły im zwycięstwa nad takimi mocnymi ekipami, jak NY Knicks, Oklahoma City Thunder czy mistrzowskich Miami Heat.

Los Angeles Lakers (6-5)– tym razem to Jeziorowcy pełnią rolę tej „brzydszej siostry” w Mieście Aniołów- po fatalnym, jak na skład i oczekiwania, starcie, zespół zdołał odrobić część strat do czołówki Zachodu i obecnie zajmuje szóste miejsce z bilansem 6 zwycięstw do 5 porażek.

New Orleans Hornets (3-6)– po świetnym starcie, zarówno zespołu, jak i poszczególnych zawodników (Greivis Vasquez, Al-Farouq Aminu), Szerszenie trochę przycichły. Na pewno byłoby lepiej, gdyby 2 najlepsi gracze zespołu (Anthony Davis i Eric Gordon) nie mieli problemów ze zdrowiem.

Sacramento Kings (2-8)– najgorsza drużyna tej części NBA… I jakoś nikogo to specjalnie nie dziwi. Wydaje się, że minęły dekady, odkąd Tyreke Evans zostawał najlepszym debiutantem na parkietach Ligii i jednym z 4 „rookies”, którym udało się w swoim pierwszym sezonie zdobyć średnią powyżej 20 punktów, 5 zbiórek i 5 asyst (pozostali: Oscar Robertson, Lebron James i taki jeden gościu o imieniu Michael…). Jasnym punktem zespołu pozostaje DeMarcus Cousins, który w lepszej drużynie miałby szansę na grę w Meczu Gwiazd (ponad 17 punktów i 10 zbiórek).

Houston Rockets – Bilans: 4-7. I bardzo dobrze! Na początku sezonu, po 2 meczach i niesamowitym występom Jamesa Hardena, wszyscy zaczęli się jarać Rockets, jacy to oni są świetni, jak to Jeremy Lin poprowadzi ich do pierwszych od 4 lat playoffów, a może i do pierwszego od niemal 20 lat mistrzostw. Tymczasem Lin już pokazał, że wcale takim bogiem koszykówki, jakim go media wykreowały, nie jest, a New York Knicks mogą się cieszyć, że nie zdecydowali się go zatrzymać u siebie.

Minnesota Timberwolves (5-4)– z ich wyniku akurat bardzo się cieszę, bo może w końcu ktoś doceni wkład trenera Ricka Adelmana (2 sezon z Leśnymi Wilkami), a nie będzie się rozpływać w zachwytach, jacy to Ricky Rubio i Kevin Love są cudowni. Andrei Kirilenko po powrocie z Euroligi (gdzie został MVP- Najbardziej Wartościowym Graczem) rozgrywa jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, sezon w swojej karierze.

Oklahoma City Thunder (8-3)– mimo braku Jamesa Hardena, Kevin Durant i Russell Westbrook nadal utrzymują ten zespół w elicie NBA. Kevin Martin dobrze spisuje się w roli super rezerwowego. Dwaj debiutanci w OKC, Perry Jones III i Jeremy Lamb, nie pokazują na razie niczego specjalnego (ale też nie dostają od trenera zbyt wiele czasu, by móc coś pokazać)

Phoenix Suns (4-7)– Marcin Gortat jest świetny (3 bloki na mecz, dwukrotnie więcej niż rok temu). Ciekawe jest to, że jak grał ogony w Orlando Magic, polskie media więcej mówiły o nim, niż teraz, gdy jest (niemal) gwiazdą NBA.

Dallas Mavericks (6-6)– zaczęli bardzo dobrze, obecnie jest już gorzej. Na ich obronę, Dirk Nowitzki jeszcze nie zagrał w ani jednym meczu- jak wróci, „Rumakom” na pewno zacznie się grać zdecydowanie lepiej, i powrócą do rywalizacji na szczycie Konferencji Zachodniej.

Portland Trail Blazers (5-5)– jak na razie, Damian Lillard jest jednym obok Anthony’ego Davisa głównym faworytem do zdobycia nagrody dla Debiutanta Roku- w związku z tym, że Davis ma problemy z kostką, rozgrywający Portland może wysunąć się na prowadzenie w tym wyścig. Jak na razie nie dosięgła go „Blazer Curse”, więc ma powody do radości.

San Antonio Spurs (8-3)– niedoszli mistrzowie NBA 2012- przynajmniej według teorii spiskowej, że sędziowie gwizdali przeciwko Spurs w rywalizacji z Oklahomą City Thunder, by ułatwić zwycięstwo w Finale Miami Heat (i Lebronowi Jamesowi, który pozbył się tym samym łatki „King of No Ring”). Nie bez podstaw stawiani są jako wzór na budowę drużyny w tzw. small market teams- od 1997 roku (trener Gregg Popovich i wybrany z 1 numerem w drafcie Tim Duncan), Spurs są ciągle silni, i ciągle mogą zawalczyć o najważniejsze laury.

Reklamy