Archive for Listopad, 2012


Fastbreak cz.XIX- Pierwsze wrażenia

Za nami już ponad trzy tygodnie rozgrywek sezonu regularnego, większość drużyn rozegrała już +/- 10 spotkań dlatego postanowiliśmy postawić pierwsze wnioski i oceny. Zarazem podkreślamy, że nasze opinie, jak to w dziennikarstwie sportowym bywa, nie są ostateczne i pod wpływem wielu czynników mogą się zmienić (np.: transfery, kontuzje, spadek formy itd).

KONFERENCJA WSCHODNIA:
– Washington Wizards (0-9): Czarodzieje bo bardzo obiecującym początku sezonu (dwa zacięte mecze z Celtics), wpadli w marazm i nie do tej pory pozostają bez zwycięstwa. Gra zespołu może się znacząco poprawić po powrocie do zdrowia Johna Walla oraz Nene (prawdopodobnie zagra już dzisiaj w nocy przeciwko Hawks).

Orlando Magics (3-7): Drużyna przeżywa trudny okres przebudowy, poczynając od GM, przez trenera i większość zawodników. Magicy od czasu do czasu mogą sprawiać niespodzianki, ale w większości przypadków będą łatwym rywalem do ogrania.

– Atlanta Hawks (5-4): Jastrzębie nie są już tą samą drużyną co rok temu, jednak nie składają broni i zapowiadają walkę o miejsce w najlepszej 8. Atlanta posiada bardzo zrównoważony skład, którego liderami są zawodnicy podkoszowi Josh Smith i Al Horford.

– Charlotte Bobcats (5-4): Rysie nie są już i raczej nie będą pośmiewiskiem ligi, ponieważ nowy, mający doświadczenie w pracy z młodzieżą, trener Mike Dunlap zbudował z grupy nieopierzonych indywidualności zespół, którego członkowie mogą sobie nawzajem zaufać.

– Detroit Pistons (2-9): Co można o nich napisać…zapowiada się ciekawa walka o najgorszy bilans końcowy i zwiększenie szans na nr 1 w drafcie 2013. Pistons od dłuższego czasu przeżywają kryzys i nic nie zapowiada żeby ten sezon był przełomowy w jego przezwyciężeniu. Trener Lawrence Frank siedzi na gorącym krześle.

– Cleveland Cavaliers (2-8): Przyznam się szczerze, że liczyłem na więcej, jednak liczby nie kłamią. Sytuację zespołu komplikuje miesięczna przerwa jednego z najlepszych rozgrywających w lidze Kyle Irvinga. Mimo wszystko liczę, że Kawalerzyści znajdą właściwy rytm gry i poprawią styl gry.

– Indiana Pacers (5-7): Grają dobrze, a byłoby jeszcze lepiej gdyby na parkiecie obecny był Danny Granger (kontuzja kolana). Swoje role dobrze spełniają David West, Roy Hibbert, Paul George oraz… McKayla Maroney, która skutecznie zachęca kibiców do odwiedzania hali Pacers (śr. 14 tyś widzów).

-Chicago Bulls (5-5): Tak jak się spodziewałem, liderem ofensywy Byków pod nieobecność Derricka Rose został jeden z najlepszych obrońców na pozycji SF, czyli Loul Deng. Bardzo słabo prezentuje się Carlos Boozer [KOGO TO DZIWI?-PB]. Drużynie z Wietrznego Miasta należy jednak dać jeszcze trochę czasu na dokręcenie wszystkich śrubek w defensywnej machinie.

– Milwaukee Bucks (6-3): Brandon Jennigs i Monta Ellis coraz lepiej się rozumieją, przez co lepiej funkcjonuje cały zespół. Koziołki muszą jednak popracować jeszcze nad defensywą- nie funkcjonuje ona najlepiej.

– Toronto Raptors (3-8): DeMar DeRozan powoli spłaca dług wdzięczności wobec właścicieli klubu, którzy postanowili przedłużyć jego debiutancki kontrakt (ok. 40 mln $ za następne 4 lata). Raptors wciąż poszukują zawodników, którzy potrafiliby stworzyć optymalny skład oraz czekają na rozwój młodych talentów.

– Boston Celtics (6-5): Stara Gwardia się nie podaję- póki co Celtowie przegrali z drużynami, które potencjalnie będą miały wyższe rozstawienie w Playoffs, pomimo tego liderzy zespołu: Pierce, Garnett i Rondo prezentują bardzo wysoką formę i możemy sobie tylko wyobrazić, co będzie, gdy włączą 5 bieg w czasie PO.

– Philadelphia 76ers (7-4): Podobnie jak w przypadku Pacers, prawdziwa siła 76ers objawi się po powrocie miłośnika gry w kręgle Andrew Bynuma. Jak na razie zespół z miasta Braterskiej Miłości gra solidnie, ale nie zachwyca.

– Brooklyn Nets (6-3): Kris Humphries chyba nie może się pozbierać po odejściu żony, Keith Bogans nie może się wstrzelić, Jay Z naprawdę ma „99 problems”… Porażka w sezonie regularnym z Miami i Lakers jeszcze niczego nie przesadzają, ale nie dałbym sobie obciąć ręki, że w PO będzie lepiej.

– Miami Heat (8-3): Mistrzowski zespół prezentuje się bardzo dobrze. Widać, że grają pod dużo mniejszą presją. Obok „wielkiej trójki” bardzo dobrze prezentują się Ray Allen, Shane Battier oraz Rashard Lewis. Kibiców Heat niepokoić może fakt, że wszystkie z trzech doznanych porażek były z najlepszymi obecnie zespołami ligi.

– New York Knicks (8-1): Bądź co bądź jest to największa niespodzianka początku sezonu. Knicksom najwidoczniej pasuje granie bez Amar’e Stoudemire, Jeremy’ego Lina oraz Mike D’ Antoniego. Warto zaznaczyć, że zespół z Wielkiego Jabłka znacząco poprawił swoją grę w defensywie oraz fakt powrotu do ligi Rasheeda Wallace, który po 2 sezonach emerytury wciąż pokazuje jak się gra w koszykówkę.

KONFERENCJA ZACHODNIA

Los Angeles Clippers (8-2)– jeśli ktoś 3 lata temu powiedziałby, że Clippers będą chociaż przez chwilę najmocniejszą ekipą w NBA, zostałby wyśmiany (New York Knicks mogą mieć lepszy bilans, ale to Clippers grają w tej cięższej części NBA). Ale jak na razie, to właśnie Chris Paul i przyjaciele są najgroźniejszą drużyną, pokonując niemal każdego na swojej drodze.

Memphis Grizzlies (8-2)– sytuacja niemal identyczna, jak u LAC- drużyna zdolna, miła dla oka, jednak raczej nikt nie przypuszczałby, że będą zajmowali czołowe miejsca w Konferencji. Jednak świetna gra Zacha Randolpha i filozofia ochrzczona przez Tony’ego Allena „Grit. Grind” zapewniły im zwycięstwa nad takimi mocnymi ekipami, jak NY Knicks, Oklahoma City Thunder czy mistrzowskich Miami Heat.

Los Angeles Lakers (6-5)– tym razem to Jeziorowcy pełnią rolę tej „brzydszej siostry” w Mieście Aniołów- po fatalnym, jak na skład i oczekiwania, starcie, zespół zdołał odrobić część strat do czołówki Zachodu i obecnie zajmuje szóste miejsce z bilansem 6 zwycięstw do 5 porażek.

New Orleans Hornets (3-6)– po świetnym starcie, zarówno zespołu, jak i poszczególnych zawodników (Greivis Vasquez, Al-Farouq Aminu), Szerszenie trochę przycichły. Na pewno byłoby lepiej, gdyby 2 najlepsi gracze zespołu (Anthony Davis i Eric Gordon) nie mieli problemów ze zdrowiem.

Sacramento Kings (2-8)– najgorsza drużyna tej części NBA… I jakoś nikogo to specjalnie nie dziwi. Wydaje się, że minęły dekady, odkąd Tyreke Evans zostawał najlepszym debiutantem na parkietach Ligii i jednym z 4 „rookies”, którym udało się w swoim pierwszym sezonie zdobyć średnią powyżej 20 punktów, 5 zbiórek i 5 asyst (pozostali: Oscar Robertson, Lebron James i taki jeden gościu o imieniu Michael…). Jasnym punktem zespołu pozostaje DeMarcus Cousins, który w lepszej drużynie miałby szansę na grę w Meczu Gwiazd (ponad 17 punktów i 10 zbiórek).

Houston Rockets – Bilans: 4-7. I bardzo dobrze! Na początku sezonu, po 2 meczach i niesamowitym występom Jamesa Hardena, wszyscy zaczęli się jarać Rockets, jacy to oni są świetni, jak to Jeremy Lin poprowadzi ich do pierwszych od 4 lat playoffów, a może i do pierwszego od niemal 20 lat mistrzostw. Tymczasem Lin już pokazał, że wcale takim bogiem koszykówki, jakim go media wykreowały, nie jest, a New York Knicks mogą się cieszyć, że nie zdecydowali się go zatrzymać u siebie.

Minnesota Timberwolves (5-4)– z ich wyniku akurat bardzo się cieszę, bo może w końcu ktoś doceni wkład trenera Ricka Adelmana (2 sezon z Leśnymi Wilkami), a nie będzie się rozpływać w zachwytach, jacy to Ricky Rubio i Kevin Love są cudowni. Andrei Kirilenko po powrocie z Euroligi (gdzie został MVP- Najbardziej Wartościowym Graczem) rozgrywa jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, sezon w swojej karierze.

Oklahoma City Thunder (8-3)– mimo braku Jamesa Hardena, Kevin Durant i Russell Westbrook nadal utrzymują ten zespół w elicie NBA. Kevin Martin dobrze spisuje się w roli super rezerwowego. Dwaj debiutanci w OKC, Perry Jones III i Jeremy Lamb, nie pokazują na razie niczego specjalnego (ale też nie dostają od trenera zbyt wiele czasu, by móc coś pokazać)

Phoenix Suns (4-7)– Marcin Gortat jest świetny (3 bloki na mecz, dwukrotnie więcej niż rok temu). Ciekawe jest to, że jak grał ogony w Orlando Magic, polskie media więcej mówiły o nim, niż teraz, gdy jest (niemal) gwiazdą NBA.

Dallas Mavericks (6-6)– zaczęli bardzo dobrze, obecnie jest już gorzej. Na ich obronę, Dirk Nowitzki jeszcze nie zagrał w ani jednym meczu- jak wróci, „Rumakom” na pewno zacznie się grać zdecydowanie lepiej, i powrócą do rywalizacji na szczycie Konferencji Zachodniej.

Portland Trail Blazers (5-5)– jak na razie, Damian Lillard jest jednym obok Anthony’ego Davisa głównym faworytem do zdobycia nagrody dla Debiutanta Roku- w związku z tym, że Davis ma problemy z kostką, rozgrywający Portland może wysunąć się na prowadzenie w tym wyścig. Jak na razie nie dosięgła go „Blazer Curse”, więc ma powody do radości.

San Antonio Spurs (8-3)– niedoszli mistrzowie NBA 2012- przynajmniej według teorii spiskowej, że sędziowie gwizdali przeciwko Spurs w rywalizacji z Oklahomą City Thunder, by ułatwić zwycięstwo w Finale Miami Heat (i Lebronowi Jamesowi, który pozbył się tym samym łatki „King of No Ring”). Nie bez podstaw stawiani są jako wzór na budowę drużyny w tzw. small market teams- od 1997 roku (trener Gregg Popovich i wybrany z 1 numerem w drafcie Tim Duncan), Spurs są ciągle silni, i ciągle mogą zawalczyć o najważniejsze laury.

Reklamy

Fastbreak cz. XVIII- Legendy nie do ruszenia

Legendarne osobistości mają do siebie, że pamięć o nich potrafi przetrwać setki, a nawet tysiące lat oraz to, że cieszą się wśród zwykłych ludzi wielkim uznaniem i poważaniem. Również NBA posiada takie postaci, które swoją niesamowitą grą zasłużyły sobie na upamiętnienie poprzez odlanie ich podobizn w stali i postawienie pomników. W przypadku koszykówki osoby, które doznały tego zaszczytu są, na szczęście, żywymi legendami.
Wczorajszej nocy w Los Angeles miała miejsce bardzo wzruszająca uroczystość, której bohaterem był Kareem Abdul- Jabbar, gwiazda tamtejszych Lakers oraz Milwaukee Bucks, lider wszechczasów pod względem liczby zdobytych punktów- 38387, zdobywca 6 mistrzowskich tytułów (1 raz z Bucks, 5 razy z Lakers). Do historii ligi przeszedł również z powodu swojego, niesamowitego skyhooka (tzw. rzut hakiem) oraz charakterystycznych gogli.
Swoimi stalowymi podobiznami poszczycić się mogą także inni Jeziorowcy- Ervin Magic Johnson oraz Jerry West (pierwowzór dla loga NBA). [AMB- pewniakiem do kolejnego posągu przed Staples Center jest oczywiście Kobe Bean Bryant, i być może klub uhonoruje również Shaquille’a O’Neala, który swoje najlepsze lata spędzał właśnie w Mieście Aniołów].

Najbardziej znany jest jednak pomnik Jego Podniebności Michaela Jordana, który znajduję się przed głównym wejściem hali, w której święcił on największe sukcesy, czyli United Center w Chicago. Ciekawym faktem jest to, że statua te powstała już w 1994 roku w czasie pierwszej emerytury Jordana i po zdobyciu przez niego pierwszych 3 tytułów mistrza NBA.
Również kolega Hir Airness, Scottie Pippen doczekał się uhonorowania swoich zasług w zdobyciu 6 mistrzowskich tytułów dla organizacji Chicago Bulls i w 2011 odsłonił własną podobiznę.

Bardziej cierpliwi w stawianiu pomników są włodarze Boston Celtics, którzy do tej pory postawili tylko jedną statuę, upamiętniającą legendarnego trenera, generalnego menadżera oraz prezesa klubu- Reda Auerbacha, który zdobył 9 tytułów mistrzowskich jako trener oraz 7 kolejnych jako generalny menadżer lub prezes. Już wkrótce swój pomnik będzie mógł odsłonić jedenastokrotny mistrz NBA- Bill Russell.

Jeden z najpopularniejszych duetów w NBA i chyba najbardziej znane ofiary niejakiego Michała J., znanego pod pseudonim „Air Jordan”- John Stockton i Karl Malone, również zostali docenieni przez zarząd i kibiców z Utah Jazz i doczekali się własnych posągów przed Energy Solutions Arena. 

P.S. Szkoda, że nigdy nie doczekam się podobnego pomnika w Mościcach, choćby Wojtka Majchrzaka- gwiazdy tarnowskiej koszykówki, jeszcze bardziej jest mi szkoda tego, że miasto i klub pozwoliły umrzeć profesjonalnej koszykówce w moim mieście!

Zamiast kolejnego Trash Talka, powinniśmy napisać artykuł bardziej na serio, opisujący wydarzenia z samych parkietów i tego, jak idzie poszczególnym zespołom i graczom. Jednak trudno wystawiać jakiekolwiek laurki zawodnikom po ledwo pierwszym tygodniu sezonu (AL FAROUQ AMINU, THE CHIEF HAS ARRIVED!), poza tym i tak niektórzy nasi czytelnicy czytają tylko Trash-Talk (z pozdrowieniami dla czytelniczki Aleksandry!)… Więc proszę bardzo!

Derrick Rose, gwiazdor Chicago Bulls i najmłodszy MVP w historii NBA, doczekał się… syna. Nawet nasz redakcyjny maniakalny wielbiciel Byków nie miał nawet pojęcia, że Rose ma dziewczynę, a tymczasem Rose i Mieka Blackman-Reese są już razem od 4 lat. Pozostaje pogratulować świeżo upieczonemu ojcu i życzyć mu, aby Pooh Junior był co najmniej tak dobrym koszykarzem, jak jego tata (tylko mniej kontuzjogennym).

James Harden ma ostatnio dobry okres. Trafił do Houston Rockets, gdzie jest niekwestionowanym graczem numer 1, podpisał nowy kontrakt za maksymalne pieniądze, jest najlepszym strzelcem w NBA i… stał się inspiracją dla czyjejś fryzury. W sam raz, żeby odstraszać od siebie ludzi. Posiadaczowi tych włosów przynajmniej nie grozi zawieszenie, jak fanowi San Antonio Spurs, który zapragnął nosić podobiznę Matta Bonnera z tyłu głowy– widać nie lubią rudzielców w Teksasie.

Wraz z przeniesieniem New Jersey Nets na Brooklyn, zarząd klubu postanowił zmienić maskotkę zespołu. Najwyraźniej Jay-Z i Michaił Prochorow tęsknią za latami 90-tymi, bo postanowili zastąpić dotychczasowego srebrnego liska  Power Rangerem (podobno stworzonym przy współpracy z Marvel Comics). Niestety nie jest to Zielony Ranger, który mógłby jakoś uratować zespół przed kolejnym straconym sezonem, jaki niewątpliwie czeka Nets w obecnym składzie [JS- a ja już myślałem, że to sam Jay Z jest maskotką Nets].


Grupa archeologów i historyków filozofii z Uniwersytetu Harvard (w tym m. in. nasz były współpracownik, Dr. Piotr Bżostek), zainspirowana ostatnią sensacyjną książką A. Górnisiewicza „Świat, idea, byt jak piłka się kręcą w niebycie”, postanowiła sprawdzić, czy zawarta w tym bestsellerze teza, iż ojcowie starożytnej filozofii przyczynili się na długo przed Jamesem Naishmithem do stworzenia koszykówki, jest prawdziwa. Autor opierał swoje odkrycia na cytacie z Platona: „Możesz się dowiedzieć więcej o danej osobie podczas godzinnej gry niż po rocznej z nią konwersacji.” (ponoć mędrzec ten wpadał na najlepsze idee w czasie gry jeden na jeden) oraz na cytacie z Arystotelesa „U początku filozofii stoi – zdziwienie.” Arkadiusz Górnisiewicz stoi na stanowisku, że Arystoteles uważał koszykówkę za źródło do poznania wszystkiego i był bardzo tym faktem zdziwiony. Jednak najtwardszym dowodem jest fresk Rafaela z XVI wieku, na którym autor bardzo sprytnie ukrył to, czym naprawdę zajmowali się filozofowie. Jest to pewien rodzaj kodu- kodu Santiego (ponoć Dan Brown szykuję się do napisania powieści fabularnej o tajnym zakonie Koszykarzy).

Trash Talk cz. XVI- Długie oczekiwanie…

Po długiej nieobecności na łamy WhyNotBasketball? powraca cykl „Trash Talk”, czyli koszykówka widziana zupełnie w niekonwencjonalny sposób, z lekkim przymrużeniem oka i dużą dawką humoru lub ironii (zależne od samopoczucia autora i poruszanego tematu).

Po długich miesiącach oczekiwania, pełnych emocji porównywalnych do oczekiwań związanych z ogłoszeniem wyników wyborów prezydenckich w USA lub premierą najnowszej hollywoodzkiej superprodukcji, doczekaliśmy się …profilu Pablo Prigioniego na stronie nba.com. Jest to najstarszy debiutant w historii ligi (35 lat); dotychczas był nim Horance Jenkins, który jako 29 latek podpisywał w 2004 roku kontrakt z Detroit Pistons. Biedny Argentyńczyk chyba jeszcze długo będzie musiał znosić pewnego rodzaju upokorzenia ze strony administratora strony nba.com, ponieważ wciąż nie możemy się dowiedzieć kiedy się urodził (17 III 1977 r.) oraz jakie statsty zdążył wykręcić w swoim debiutanckim sezonie (póki co: 1.0 ppg, 3.5 ast, 0.5 rpg w 2 spotkaniach).
Trudno domyślić się czym są spowodowane te zaniedbania, ale nasuwają mi się dwie koncepcje:
I) Strona nba.com ma braki kadrowe/niekompetentną kadrę- rodacy do pracy, pokażcie im skąd są najlepsi informatycy :)!
II) NBA chce dać Pablowi małego pstryczka w nos; „Widzisz synu marnotrawny- powiedział z troską w głosie ojczulek Stern- przez kilka lat swojej przyzwoitej kariery nie chciałeś grać w NBA? W takim razie, teraz Ty poczekasz na swój profil”.

O kontuzjach pisałem już na bardzo poważnie i nie nigdy w życiu nie zamierzam sobie z nich żartować. Czym innym jest ironizowanie z ludzkiej głupoty ;).
Kevin Love był do tej pory znany z tego, że świetnie zbiera piłki, punktuje, jest sympatycznym grajkiem i dobrym aktorem. Dlatego nie wiem, dlaczego akurat on tuż przed sezonem  zdecydował się robić pompki na pięściach? Przecież nie walczy na ringu, żeby mieć twarde jak stal pięści, a nie słyszałem do tej pory, żeby tego typu ćwiczenie miało jakiś wpływ na umiejętności koszykarskie. Cała zabawa w twardziela skończyła się złamaniem prawej, rzucającej dłoni i ponad 2 miesięczną absencją.
Kevinowi życzę szybkiego powrotu do sprawności i oleju w głowie na przyszłość.

Jak skutecznie zachęcić fanów do pójścia na mecz? Specjaliści od marketingu Indiany Pacers, doszli do wniosku, że wyraz grymasu na twarzy gwiazdy zespołu i młodej gimnastyczki (McKayla Maroney) i odpowiednie hasło zapełnią trybuny Bankers Life Fieldhouse.  [AMB: Kuba miał widocznie to szczęście ominąć tą całą furorę, jaką McKayla wywołała w internecie podczas IO… good for him]

W świecie koszykarskim zapanowała moda na fryzurę „afro”. W ślady centra Philadelphia 76ers, Andrew Bynuma poszła zawodniczka Arizona Wildcats (NCAA), urocza Cheylene Harper.

A na koniec sobie ponarzekam, gdybym wcześniej był mniej grymaśny. Cytując mądrość ludową z rodzinnych okolic redakcyjnego kolegi [OK, nie wiedziałem, że pochodzę z Georgii]”Nie naprawia się tego, co nie jest zepsute”. W związku z tym nie mogę zrozumieć dlaczego postanowiono zmienić wygląd i funkcjonalność strony głównej nba.com (chyba jestem już w tym wieku gdy każda zmiana denerwuje :P)?!

P.S. Na prośbę mojego dalekiego kuzyna z Gujany Francuskiej, zawodnika Washington Wizards, Kevina Seraphina, zaprezentuje jego najnowszy tatuaż. Nawiązując do naszego nazwiska Kevin postanowił sobie wydziergać Anioła Serafina, prawda że piękny? Od razu uprzedzam pytania- nie mam (jeszcze) takiego tatuażu.

Fastbreak cz. XVII- Długi weekend z NBA

Korzystając z dobrodziejstw długiego zniczowo-halloweenowego weekendu, poświęcam jak najwięcej ze swojego wolnego czasu, aby być na bieżąco z wydarzeniami NBA.

W swoim ostatnim artykule Andrzej wspomniał o kiepskim pierwszym występie Austin Riversa; w swoim drugim meczu zawodnik ten nie zrobił nic specjalnego, oprócz… znokautowania kolegi z własnej drużyny. Gdy w czasie jednej z akcji II kwarty Paul Millsap wchodził dwutaktem na kosz Hornets, Anthony Davis próbował się ustawić tak, żeby złapać gracza Utah na faul ofensywny. Jednak przeszkodził mu w tym właśnie Rivers, który dziwnym sposobem przy próbie zablokowania Millsapa, wpadł na kolegę z drużyny i uderzył go łokciem w kość skroniową. Anthony Davis ma podejrzenie wstrząśnienia mózgu i w związku z tym nie udał się razem z drużyną na mecz do Chicago.
A. Davis dostał w łeb- filmik.
Charlotte Bobcats rozpoczęli nowy sezon od wygranej z Pacers. Złośliwiec napisałby- niech cieszą się, póki mogą. Najgorsza drużyna poprzedniego sezonu dzięki temu zwycięstwu przerwała czarną serię porażek trwającą od marca. Bobcats, jak to stwierdził Michael Jordan, stawiają na rozwój młodych talentów wspieranych przez bardziej doświadczonych graczy takich jak Ben Gordon i Brendan Haywood.
Charlotte wygrali tylko dlatego, że z czystej pozycji rzutu za 3 nie wykorzystał nowo pozyskany zawodnik Pacers, D.J. Augustin, grający ostatnio w… Bobcats!

Bardzo dobrze weszli w sezon Magicy z Florydy- zespół po gruntownej przebudowie pokonał wczoraj zdecydowanie faworyzowanych Denver Nuggets (102-89). Drużynę do zwycięstwa poprowadzili Glen Davis (29 pkt, 10 zb.) oraz J.J. Redick (21 pkt, 3/4 za 3 pkt).

Nieco gorzej radzą sobie Los Angeles Lakers, którzy przegrali już 3 mecz w sezonie. Pomimo fantastycznej postawy Kobego Bryanta (40 pkt) Jeziorowcy musieli uznać uznać wyższość rywali zza miedzy. Kibicom Lakers radzę nie martwić się na zapas, kiedy tylko trener dokręci wszystkie trybiki w swojej maszynce to będą oni nie do zatrzymania (znowu użyje mądrości ludowej- „nie od razu Kraków zbudowano”).

Kolejny genialny występ zaliczył brodacz z Houston (James Harden)- tym razem zdobył on 45 pkt przy bardzo dobrej skuteczności z gry, jak i linii rzutów osobistych (odpowiednio: 14/19 oraz 15/17). „Brodatej Rakiecie” w zwycięstwie nad Atlantą pomogli Jeremy Lin (21 pkt, 7 ast) oraz Omer Asik (19 zb.). Coraz więcej ekspertów i niezwykłych fanów NBA (zwykli fani są w T-Mobile Ekstraklasie :P) zastanawia się, co mogą osiągnąć w tym sezonie Rockets z tak grającym Jamesem Hardenem.
[Jay Busbee z Ball Don’t Lie trochę zaszalał, nazywając duet Harden-Jeremy Lin najlepszym duetem zawodników obwodowych w NBA… jednak ja bym poczekał z tą euforią- czeka ich jeszcze 80 gier w sezonie zasadniczym, wszystko się może zdarzyć- AMB].

Z kolei Marcin Gortat przyczynił się do wygranej swojej drużyny z Detroit Pistons (92-89), rozegrał on świetny mecz po obydwóch stronach parkietu (16 pkt, 16 zb i 3 blk). Może dzięki tak dobrej postawie Marcin zyska uznanie w oczach trenerów i dostanie się jako rezerwowy center drużyny Zachodu na Mecz Gwiazd NBA?

Po głośnej aferze ze światowej sławy kolarzem Lancem Amstrongiem, Światowa Agnecja Antydopingowa (WADA) zwróciła uwagę na luki w programie antydopingowym stosowanym przez NBA. Póki co nie zanosi się, aby WADA miała przeprowadzać kontrole w lidze i poszczególnych zespołach. Tak samo nie spodziewałbym się, aby samo NBA zaproponowało znaczące zmiany w wykrywaniu dopingu w organizmie zawodników, gdyż takie kontrole z pewnością doprowadziłyby do protestu NBAPA (związek zawodowy zawodników) podobnego jaki przeprowadzili zawodnicy NFL w obawie przed kontrolą dopingową w ich lidze. [ABM- sam Derrick Rose, gwiazda Chicago Bulls, ocenił kiedyś problem dopingu w NBA na 7 w 10-stopniowej skali… po czym parę tygodni później zaprzeczał swoim własnym słowom.]

Mark Cuban, właściciel Dallas Mavericks, podarował w imieniu drużyny oraz telewizji AXS (której jest współwłaścicielem) 1 milion $ na rzecz ofiar huraganu Sandy.

P.S. Z chęcią napisałbym coś o meczu, który odbył się w Madison Square Garden (New York Knicks- Miami Heat), ale mój redakcyjny kolega jeszcze nie obejrzał powtórki, więc nie będę mu psuł zabawy!

Ten pierwszy raz…

Już 2 dni gry za nami i większość drużyn dostała okazję do zaprezentowania swoich umiejętności. Jednak zamiast skupiać się na całych zespołach, zwróćmy nasze oczy w kierunku tych, którzy na parkietach NBA stawiali swe pierwsze (pomijając ligę letnią/ mecze pokazowe/ sparingi przed sezonem) kroki:


Oczywiście, najbardziej oczekiwanym debiutem był występ „The Brow”- Anthony Davis, nr. 1 Draftu NBA 2012, członek tegorocznych „złotek” Mike’a Krzyżewskiego zaprezentował się świetnie przeciwko San Antonio Spurs- 21 punktów, 7 zbiórek, blok i przechwyt. New Orleans Hornets ewidentnie zabrakło jednak Erica Gordona. W jego buty wejść musiał inny pierwszoroczniak, Austin Rivers, który niestety nie pokazał się z równie dobrej strony, co Davis, co chwila wymuszając rzuty i lekkomyślnie tracąc piłkę przy paru okazjach. Patrząc jednak na dobrą stronę medalu- kontuzja Gordona umożliwi Riversowi dużo czasu gry i okazji, by mógł rozwinąć skrzydła i przypomnieć, dlaczego kiedyś był uważany za kandydata na gwiazdę w NBA.

Solidny występ w pierwszym meczu zaliczył grający dla Toronto Raptors Litwin Jonas Valunciunas– przez 23 minuty gry zanotował double-double (12 punktów i 10 zbiórek) i raz zablokował rzut. Raptors, jak to Raptors (nie bez powodu nazywani przez złośliwych „Craptors”), spotkanie przegrali, ale z dynamicznym rozgrywającym Kylem Lowrym (21 punktów, 8 asyst, 7 zbiórek, 5 przechwytów) przy piłce i skocznym Valunciunasem kibice z Toronto mogą przynajmniej liczyć na to, że w Air Canada Centre nudą już nie powieje.

Bardzo miło swój debiut w NBA na pewno będzie wspominał Kyle Singler z Detroit Pistons. Jest to rookie z uczelni Duke, który został wybrany przez Tłoki w drafcie 2011 roku, jednak z powodu lokautu (odejdź i nie wracaj już nigdy!) postanowił przenieść swoje talenty do Hiszpanii, gdzie między innymi pomógł Realowi Madryt w zdobyciu Pucharu Króla. Po ostatnim sezonie zdecydował się na powrót do USA i podpisał kontrakt z Detroit. Wczorajszej nocy zaliczył bardzo solidny występ, 10 pkt w 16 min, w tym 2/2 za 3 pkt). Singler zapewne będzie mocnym punktem ławki drużyny Motown.
Pochwały należą się również Damianowi Lillardowi z Portland Trail Blazers, który już w Summer League elektryzował publiczność i ekspertów swoją grą. W czasie swojego pierwszego profesjonalnego spotkania, wygranej z samymi Lakers, udowodnił, że będzie się liczył w wyścigu o nagrodę Rookie of the Year.

Jak to już w życiu bywa, niektórzy mają swoje wzloty, a inni mniejsze lub większe upadki. Swojego pierwszego spotkania w najlepszej lidze koszykówki na pewno dobrze nie zapamięta Thomas Robinson z Sacramento Kings. Absolwent uczelni Kansas zderzył się z bardzo twardymi (defensywa Bulls) realiami NBA i z pokorą musiał przyjąć niecelne rzuty (w tym jeden nieudany wsad), straty i bloki, a przede wszystkim porażkę swojego zespołu. Jak to dobrze określił komentujący to spotkanie Stacey King- „It’s a big boy basketball!”.
Miejmy nadzieję, że w myśl mądrości ludowej „pierwsze koty za płoty”, pierwszoroczniacy, których debiuty nie zachwyciły, pokonają tremę i zaprezentują już wkrótce pełnie swoich możliwości- bądź co bądź to ponoć jeden z  najsilniejszy naborów do ligi w historii.

Dzisiaj natomiast, wyjątkowo jak na NBA, zobaczymy tylko jeden mecz- powtórkę z Finałów Konferencji Zachodniej, San Antonio Spurs grających przeciwko Oklahoma City Thunder. Poza oczywistymi względami (starcie na szczycie, pojedynek Tony Parker-Russell Westbrook czy niezawodni Kevin Durant i Tim Duncan) warto będzie zwrócić uwagę na debiutantów- po stronie Thunder będzie dwóch wartych szczególnej uwagi- Jeremy Lamb (pozyskany kilka dni temu za Jamesa Hardena w wymianie z Houston Rockets) i Percy Jones III, który wg. wielu ekspertów może stanowić istotną rolę w rotacji podkoszowej Oklahomy. Czy zabłysną, jak Davis i Lillard, czy zderzą się z brutalnymi realiami NBA(jak Rivers i Robinson), dowiemy się już o 2:30!

Należy dodać, że drugie z planowanych na dzisiaj spotkań, czyli derby Nowego Jorku, zostało przełożone na 26 listopada. Powodem tego było przejście nad wschodnim wybrzeżem USA huraganu Sandy, który spowodował ogromne zniszczenia na terenie m.in miasta Nowy Jork.
Jak zwykle w takich sytuacjach, do pomocy ofiarom tego straszliwego kataklizmu włączyła się, wspólnie z amerykańskim Czerwonym Krzyżem, organizacja charytatywna NBA Cares!

%d blogerów lubi to: