Chyba wszystkim marzec kojarzy się z samymi przyjemnymi rzeczami: początkiem wiosny, końcem szarówy, przypływem energii. Również dla fanów koszykówki miesiąc ten jest szczególny i pełen emocji. Wtedy to bowiem ma miejsce coroczne święto akademickich rozgrywek, zwane March Madness. Szaleństwo to związane jest:
* z bardzo szybkim tempem rozgrywek: w przeciwieństwie do NBA playoffs mecze są rozgrywane w systemie pucharowym- o wyniku rywalizacji decydujące jedno spotkanie, „win or go home”;
* zaskakującymi rozstrzygnięciami: od czasu do czasu zdarza się, że najniżej rozstawiona ekipa pokonuje tą z numerem 1. W historii NCAAB takie przypadki zdarzały się bardzo rzadko, a zaskakującym zwycięzcą nadaję się tytuł „Kopciuszka turnieju” oraz zyskuje on wsparcie całego kraju[Butler Bulldogs 2010 ❤ !!!!-PB];
* kibicowaniem : miasta akademickie, których drużyny biorą udział w turnieju na jego czas po prostu zamierają i żyją tylko koszykówką. Kampusy uniwersyteckie pełne są pijanych… oczywiście szczęściem studentów-kibiców. Nawet profesorowie dają się ponieść emocjom i w czasie zajęć dyskutują ze studentami na temat turnieju. Święcką tradycją jest również to, iż kibic #1 czyli Prezydent USA dokonuje własnej analizy rozgrywek, wybierając zwycięzców poszczególnych etapów. W tym roku Barack Obama postawił na wygraną : North Carolina Tar Heels, którzy w finale pokonają Kentucky Wildcats.

Właśnie dzisiejszej nocy rusza najbardziej zaawansowana faza turnieju, zwana Sweet Sixteen. W tym roku największą niespodziankę sprawiła ekipa Ohio Bobcats (#13), która w I rundzie pokonała numer 4 konferencji Midwest, czyli drużynę Uniwersytetu Michigan Volverines. Dzisiaj zmierzy się ze wspomnianymi wyżej Tar Heels. Natomiast jako największe rozczarowanie tegorocznego March Madness należy uznać porażkę numeru 2 konferencji South, czyli Duke. Drużyna prowadzona przez Mike Krzyzewskiego (trenera reprezentacji USA) była zaliczana przez ekspertów do grona faworytów całego turnieju. Jednak wbrew oczekiwaniom przegrała ona z Lehigh Mountain Hawks (#15).
Najważniejszy etap March Madness, Final Four odbędzie się Nowym Orleanie na specjalnie przerobionym do tego celu stadionie footballowym.

Wracając jeszcze do kwestii fenomenu turnieju NCAAB oraz samej ligi akademickiej. Ponieważ w tym roku NBA z powodu lokautu ruszyła dopiero pod koniec grudnia,  zacząłem odczuwać koszykarski niedosyt. Tym samym postanowiłem zapełnić tą lukę właśnie ligą akademicką- dokonałem nawet wyboru drużyny, której będę kibicować, została nią Arizona Wildcats (niestety w tym roku nie dostali się do turnieju). W czasie śledzenia tych rozgrywek przekonałem się, dlaczego tak wiele osób ją ogląda, a nawet stawia przed NBA. Sama gra pod względem efektywności i techniki nie jest tak porywająca jak w najlepszej lidze świata, ale nie brak w niej naprawdę wielkiego poświęcenia i prawdziwej walki. Zawodnicy, a tym samym studenci, są niesamowicie związani ze swoją drużyną i jej pozostałymi członkami. Przebywając na co dzień na kampusie nie są mitycznymi  postaciami jak zawodnicy NBA, są oni na wyciągnięcie ręki swoich wiernych fanów, można z nimi pogadać o ostatnim meczu, projekcie naukowym, a nawet wypić piwo. Tym samym zawodnicy czują ogromną dumę z powodu, że mogą reprezentować na parkietach swoją uczelnie, której najważniejszą częścią są ich koledzy-studenci. Więź ta jest tym mocniejsza, ponieważ niegrający studenci w czasie meczów starają się zrobić, co mogą, by wesprzeć swoich kolegów. Na trybunach jest naprawdę bardzo głośno, kibice śpiewają,  co niektóre uczelnie mają nawet specjalne orkiestry, standardem są natomiast zespoły pięknych i zwinnych cheerleaders. Wśród kibiców można zobaczyć nie tylko samych studentów- na mecze przychodzą również absolwenci z całymi rodzinami oraz sami profesorowie.

Podkreślić należy to, że zawodnicy NCAA nie otrzymują żadnych pieniędzy z tytułu gry w lidze akademickiej (NCAA bardzo rygorystycznie podchodzi do kwestii finansowych, głośna była sprawa 5 zawodników drużyny footballowej Ohio State, którzy sprzedawali swoje koszulki z finałowego meczu). Oczywiście ktoś może stwierdzić, że zawodnicy uniwersyteckich drużyn zostawiają co mecz swoje serca na parkiecie tylko po to, żeby zostać dostrzeżonym przez skautów z NBA. Twierdzić tak mogą tylko osoby, które nie widziały więcej niż kilku meczów NCAA (ja również należałem do tego grona). Argumentami przeciwko tej tezie może być fakt, że najlepsi zawodnicy i tak mają ugruntowaną pozycję wśród ekspertów NBA, ale najważniejsze są chyba emocje, które można wyczytać z twarzy zawodników ( czy to smutek po przegranej, czy też radość po zwycięstwie). Świadczą one o tym, że zawodnikom naprawdę zależy na losach swojej drużyny oraz chęci przysporzenia chwały swojej uczelni. Również po zakończeniu akademickiej kariery, zawodnicy podkreślają swoje przywiązanie do starej drużyny: przychodzą na mecze swoich następców, utrzymują kontakty z trenerami i kolegami z zespołu, a obecnie rywalami z NBA.

Dlatego jeżeli macie tylko czas i ochotę, zachęcam Was do rozpoczęcia przygody z koszykówką akademicką. March Madness będzie do tego odpowiednim momentem, ponieważ jak już wspominałem jest to rywalizacja na najwyższym poziomie oraz dostarcza ona najwięcej emocji. Kto wie- może dla niektórych będzie ona zachętą do tego aby samemu zacząć trenować w naszym Akademickim Związku Sportowym (jako ciekawostkę podam fakt, że członkowie UJ AZS mają bluzy sportowe w stylu NCAA)?

Reklamy