Dlaczego akurat koszykówka? Na początku może się wydawać, że odpowiedź na to pytanie będzie bardzo banalna, typu „bo to fajny sport, szybki, efektowny i po prostu fajny”. Jednakże żeby w pełni odpowiedzieć na tak postawione pytanie należy dłużej zastanowić się jakie wydarzenia miały wpływ na to, że akurat kosz stał niemalże miłością mojego życia, dla której byłbym nawet w stanie poświęcić swoje drugie kolano…
Koszykówka towarzyszyła mi praktycznie od samego początku moje życia. Pamiętam, że od małego wszyscy na około mi mówili jaki jestem wysoki i pewnie w przyszłości dobije do 2 metrów. Niestety zatrzymało się na 187cm i może to był jeden z powodów dla, których zacząłem trenować… lekką atletykę.  Wychowałem się w Tarnowie gdzie przez długi okres czasu istniała bardzo mocna drużyna męskiej koszykówki.  ZKS Unia Tarnów bo o niej mowa, grała w najwyżej klasie rozgrywek przez 9 sezonów (od 1997 do 2007 roku, z roczną przerwą w sezonie 2004/05). Jednym z najlepiej zachowanych wspomnień z mojego dzieciństwa jest mój pierwszy mecz koszykówki w życiu, kiedy to w sezonie 1996/97 Unia walczyła o historyczny awans do najwyższej klasy rozgrywek. Pamiętam, że Tata dostał 2 bilety na najlepsze miejsca w hali czyli dosłownie przy linii bocznej boiska, pamiętam również jakie niesamowite wrażenie zrobił na mnie, pierwszy wsad jaki zobaczyłem (dzisiaj już wiem, że był to tzw. „„reverse dunk”)

W tym samym czasie bardzo modna stała się koszykówka zza oceanu, stało się tak głównie dzięki transmisją telewizyjnym w TVP, Michealowi Jordanowi i innym świetnym zawodnikom z Ligii NBA. Z ówczesną gwiazdą Chicago Bulls i modą na kosza wiąże się jeszcze jedna rzecz, mianowicie film „Kosmiczny mecz”. Oczywiście jako młody fan tego sportu nie mogłem sobie odpuścić jego projekcji, zaraz po obejrzeniu filmu trzymałem w swoich dłoniach piłkę do koszykówki. Szkoda tylko, że nie mogłem jej sobie dłużej poużywać ,ponieważ jacyś wandale zniszczyli prowizoryczny osiedlowy kosz.
Niestety w kolejnych latach zaniedbałem nieco swoje uczucie do koszykówki, chwilowo dałem się porwać żużlowi oraz wspomnianej już wcześniej lekkiej atletyce. Właśnie tej drugiej dyscyplinie sportu oraz znajomym z liceum zawdzięczam ponowny powrót do koszykówki, tym razem już na poważniej i z pełnymi konsekwencjami. Po kolei, trenując lekką atletykę ponieważ sezonu zimowego trenowałem na parkiecie hali Jaskółka gdzie często spotykałem się z koszykarzami, czasami z nimi rozmawiałem oraz rzucałem do kosza w czasie luźnej rozgrzewki. Często też ustalałem swoje treningi w dni meczowe aby móc spotkać się i porozmawiać z zawodnikami innych drużyn. Oprócz tego chodziłem na wszystkie mecze rozgrywane w Tarnowie i gorąco dopingowałem swoją drużynę.
Natomiast w liceum poznałem masę świetnych ludzi, z którymi wspólnie zacząłem trenować w szkolnej sekcji kosza. Wróciłem również do oglądania NBA, muszę przyznać, że nie było to dla mnie łatwe ponieważ Bulls ery Jordan’a byli już tylko wspomnieniem. Organizacja ta była od dobrych 8 sezonów w trakcie ciągłej przebudowy. Jednak nie dałem się temu zrazić i wytrwale śledziłem wyczyny „Baby Bulls”. Sezon 2006/07 zakończył się bardzo dobrze ponieważ Bulls zakończyli dopiero w II rundzie playoffs. Niestety ten sam sezon okazał się najtragiczniejszym w historii tarnowskiej Unii- z powodu poważnych problemów finansowych drużynę opuścili najlepsi zawodnicy, co zakończyło się spadkiem do I Ligii, a później degradacją, z powodów braków pieniędzy, do najniższej klasy rozgrywek. Zapaść tarnowskiej koszykówki trwa dalej i nic nie zapowiada, aby sytuacja ta uległa szybkiej poprawie. Natomiast w Chicago sprawy mają się bardzo dobrze, w 2008 roku do Bulls trafił 1 wybór w Drafcie dzięki czemu mogli oni wybrać Derrick’a Rose (późniejszego Rookie of the Year oraz Most Valuable Player sezonu 2010/11). W tej chwili są oni zaliczani do grona drużyn, które mają największe szanse na zdobycie mistrzostwa.

Mam nadzieję, że dożyje czasów kiedy będę mógł jednocześnie emocjonować się wyczynami swoich ulubieńców z Tarnowa i Chicago. A póki co staram się czerpać jak najwięcej przyjemności jaką daję oglądanie, a przede wszystkim gra w kosza (uważając przy tym na kolana 😉 ).

Jakub Serafin

Reklamy